środa, 8 kwietnia 2015

Rozdział Piewszy.



Nie miałam pojęcia, co się działo w głowach uczniów, którzy przyglądali mi się uważnie, gdy zmierzałam w stronę klasy, gdzie za niespełna dziesięć minut miałam uczestniczyć w lekcji fizyki. Niektóre twarze wyrażały frustrację, inne zaciekawienie, jeszcze inne były uśmiechnięte od ucha do ucha – niektóre serdecznie ale zdarzały się też podstępne uśmieszki. Kim byłam, że przyciągałam te spojrzenia?
Nie byłam popularna, gdy wyjechałam z Melbourne trzy lata temu – zaledwie po dwóch i pół miesiąca nauki w Forrest Hill. Idealny start w nowej szkole, prawda? Gdy wszyscy spotykali się na różnego rodzaju imprezach w celu „integracji” z nową klasą, ja leżałam w szpitalu w oczekiwaniu na wyrok. Jedyne o czym myślałam to, czy kiedykolwiek stanę na własnych nogach. Tak naprawdę szansa, że nie będę chodziła po wypadku była malutka, ale to wcale nie powstrzymało mnie przed zamartwianiem się całymi dniami, co ze mną będzie. Gdy masz tego rodzaju możliwość przed sobą, naprawdę dziwne rzeczy się dzieją z twoją psychiką. Do tego czasu zdążyłam poznać zaledwie kilka osób, a jednak teraz, gdy wróciłam, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wszyscy wiedzą jak się nazywam i co się ze mną stało. To nie było czymś krępującym… tylko dziwnym.
Wypadek zdarzył się na jednej z integracji, o której wspomniałam. To nie było nic wielkiego, zaprosiłam kilkunastu znajomych na ognisko na moim skromnym podwórku, licząc że wraz z moją najlepszą przyjaciółką Vi uda nam się przełamać lody nowych znajomości. Tym bardziej że wszyscy byli optymistycznie nastawieni w stosunku do tego rodzaju imprez, więc pomyślałyśmy, dlaczego nie? Kilka godzin po tym, jak wszyscy byli na miejscu, weszliśmy do środka, by przygotować jedzenie. Wbiegłam szybko po schodach do swojego pokoju, by odebrać telefon. Numer, który wyświetlił się na ekranie był mi nieznany, ale odebrałam i tak, wychodząc na balkon z przyzwyczajenia, nierozważnie opierając się na barierce.
Możecie sobie wyobrazić, nie wystarczało wiele, żebym spadła. Ktoś pojawił się za mną i mnie popchnął. To wydaje się głupie i banalne – wejść i zepchnąć dziewczynę, która jest zajęta swoim telefonem jak typowa nastolatka. Dlaczego? Po co ktoś to zrobił? Gdy teraz się zastanowię, to był idealny sposób, by zrobić z niewiadomych powodów zrobić mi krzywdę. Dom był pełny nieznajomych – niewykluczone, że wnieśli alkohol, a ja praktycznie siedziałam na barierce, nie przejmując się nawet krokami, które brzmiały za moimi plecami – założyłam, że to Vi. To wyglądało jakbym straciła równowagę i spadła. Nikt nie widział ciemnej sylwetki, która mignęła mi przed oczami, gdy traciłam równowagę. Zresztą, pół sekundy później moje bezwładne ciało uderzyło o ziemię, nawet nie zdążyłam krzyknąć. I to było wszystko, co pamiętałam.
I tyle. Koniec historii. To był zwykły wypadek. Straciłam równowagę i spadłam. Po jakimś czasie sama przestałam sobie wierzyć, że ktoś mi pomógł spaść. Byłam oszołomiona i tak dalej, więc kto wie, co mój mózg sobie dopowiedział, gdy opowiadałam tę historię policji.
To był zwykły wypadek - wydarzenie, które wzbudziło sensację może na czas krótkiego miesiąca.
Może ci ludzie pamiętali mnie, moją twarz, czy też gęste czerwonawe włosy, które teraz sięgały mi do obojczyków. Może to byli moi tamtejsi znajomi, których zaprosiłam do siebie tamtego wieczoru?
Nareszcie przed moimi oczami ukazało się moje wybawienie – Vi Bowers. Malutkie stworzenie – mierzyła może metr pięćdziesiąt, ale kochałam ją jak nikogo innego na świecie. Jej włosy były proste i brązowe, a oczy okrągłe i dość duże w stosunku do tej drobnej pociągłej twarzy.
Nie przywitała się ze mną, tylko od razu pociągnęła mnie za rękę, przechodząc do sedna sprawy.
- Potrzebuję twojej pomocy. – zawołała, spanikowana.

*

Ledwie wróciłam, aż już ktoś mnie potrzebował. To chyba dobry początek?
Zanim Vi przeszła do sedna, rzuciła mi się w ramiona.
- Co się dzieje? – spytałam, śmiejąc się pod nosem. – Przecież widziałyśmy się już.
- Ale to twój pierwszy dzień w szkole! Nie masz pojęcia, jak strasznie mi było bez ciebie, Ahri.
Kłamała. Dobrze wiedziałam, że Vi radziła sobie bez najlepszej przyjaciółki. Była osobą, która przyciągała uwagę, nie miałam na myśli tłumów rówieśników padających jej do stóp, ale bez wątpienia nie brakowało jej znajomych. To serdeczność i prawdomówność stała za tym. Vi była przede wszystkim dobra dla innych.
- Daj spokój, sądzę, że to ja bardziej potrzebuję twojej pomocy. – odparłam z uśmiechem. – Czuję się jak w pieprzonej Nibylandii.
Vi uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową. – Chyba wiem, jak temu zaradzić.
- Serio? Co to za pomysł? Jeśli oddasz mi trzy lata, które powinnam była tu spędzić to będę naprawdę wdzięczna. – mruknęłam ironicznie.
Vi westchnęła głęboko, ale uśmiech nie zszedł z jej twarzy. – Cóż, ciężko, aczkolwiek mam pomysł w jaki możemy zacząć to nadrabiać. Pamiętasz Jamie Stevenson?
Nic mi to nie mówiło. Nie utrzymywałam kontaktów z ludźmi, których zostawiłam za sobą, gdy wyjeżdżałam. Pokiwałam głową przecząco.
- A Payton Maxwell? Musi ci to coś mówić! – Vi brzmiała, jakby była zdesperowana. Jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.
Uniosłam brwi sceptycznie. – Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Kim one są?
Mojej przyjaciółce opadły ręce.
- Okay, nieważne. Payton to ta suka, od której powinnaś się trzymać z daleka, mówię poważnie, ale wracając do moich planów… Jest impreza. Właśnie u Jamie i wiem, że nie przepadasz za imprezami, ale posłuchaj zanim zaczniesz protestować! – Vi podniosła głos, słowa wypływały z jej ust o wiele szybciej, widząc, że tracę zainteresowanie na dźwięk słowa „impreza”. Tak, byłam w ten sposób nudna. Vi dobrze wiedziała o tym.
- Vi… Wiesz, że nie jestem dobrą tancerką ostatnio… - jęknęłam.
- To nie taka impreza! To będzie zwyczajna domówka na rozpoczęcie roku! Wiesz, jak ja to widzę? Jako idealny sposób na to, by cię przywitać z powrotem. Widok kilku znajomych twarzy dobrze ci zrobi. Nie wspomnę już o odrobinie wina. – Vi puściła mi oczko, na co zareagowałam bezdźwięcznym świecie. Ja także dobrze znałam swoją przyjaciółkę i wiedziałam, jak bardzo lubi się bawić.
Postanowiłam potrzymać ją w niepewności zanim dałam jej odpowiedź, chociaż zdawałam sobie sprawę, że stopniowo pojawiający się uśmiech na mojej twarzy zdradził mnie prędzej. Vi także zaczęła się uśmiechać. Mogłam dostrzec to podekscytowanie w jej czarnych oczach.
- Ten jedyny raz, okay? – wyrzuciłam z siebie wreszcie, chichocząc.
- Okay. A teraz dlaczego ja potrzebuję twojej pomocy. W klasie jest taki chłopak…

*
Moja przyjaciółka była „kochliwą” osobą, mogłabym to w ten sposób ująć. Nawet, gdy byłam poza Melbourne, utrzymywałyśmy kontakt i często zdarzało mi się słuchać historii o jej nowych miłościach – tych odwzajemnionych i odrzuconych. Wiedziałam, że gdy ją bierze, to bierze ją mocno. Jej chłopcy mieli wiele szczęścia – albo i nieszczęścia, zależy jak to się rozumie – gdyż Vi szalała za nimi, nie odpuszczała, uparcie dążąc do swojego szczęśliwego zakończenia.
Moja przyjaciółka była prawdopodobnie jedynym aspektem mojego życia, który zachował się po wypadku. Byłam bardzo wdzięczna losowi za tę przyjaźń, momentami nawet sama byłam zdumiona tym, jak bardzo potrzebowałam jej. Nie wiem, czy byłabym w stanie znieść więcej samotności.
Ja sama nie zmieniłam się aż tak bardzo. Daj Boże, żebym wydoroślała przez te trzy lata. Wydaje mi się, że nadal jestem tą samą lekkomyślną sobą, która ma w poważaniu większość świata, uważa, że życie jest za krótkie, by się smucić. Nadal kochałam ciężką muzykę bardziej niż niektórych ludzi i nadal wolę matematykę niż przedmioty humanistyczne. Mój wygląd też nie różnił się od tego, którym mogłam pochwalić się trzy lata temu. Miałam niespełna metr siedemdziesiąt, trochę zbyt krągłą figurę w moim mniemaniu, włosy jasnobrązowe o delikatnie czerwonawym odcieniu, które sięgały nieco poniżej moich ramion w naturalnie falowanej formie. Moja skóra nawet w tym australijskim klimacie była nienaturalnie blada, co często doprowadzało mnie do szału. Vi była moim przeciwieństwem pod tym względem (i nie tylko), jej cera była oliwkowa i nie bledła zimą. Była bez wątpienia wiele ładniejsza ode mnie. To było wręcz denerwujące jaka śliczna była.
Może to dlatego jej życie było mniej popieprzone? Nie. Prawdopodobnie, nie.
Wracając do rzeczywistości, w której zadzwonił dzwonek oznaczający początek lekcji fizyki, dobrze rozumiałam, dlaczego jej życie miłosne było tak kolorowe,
- Więc jak ma na imię? – spytałam przyjaciółkę, gdy skończyła mi opowiadać, jak słodki jest chłopak, który jej się podoba. Nawiasem mówiąc, Vi była świetna w odwracaniu uwagi od ciekawskich spojrzeń, które otrzymywałam ze wszystkich stron.
Ciemnowłosa westchnęła ciężko w zmartwieniu, charakterystycznie wypychając dolną wargę. – Nie mogę ci powiedzieć, nie będziesz zadowolona. – powiedziała przygaszonym tonem.
- Serio, sądzisz, że będę pamiętać, który to? A jeśli tak byłoby… Sądzisz, że inaczej patrzyłabym na ciebie, gdyby ten ktoś nie spodobałby mi się? – uśmiechałam się do Vi, próbując podnieść ją na duchu.
Dziewczyna nagle zasmuciła się. Mogłam powiedzieć, że nie do końca wierzy w szczęśliwe zakończenie tej miłosnej historii.
- To nie takie proste… On jest – Vi nie dokończyła zdania, gdyż pod klasą pojawiła się nauczycielka fizyki, która od razu skomentowała to, co szatynka miała zamiar powiedzieć. Pamiętałam tę złośliwą żmiję. Zawsze musiała dorzucić swoje pięć groszy.
- Panno Bowers, poromansuje pani po moich zajęciach, teraz zapraszam do klasy!
- On jest… jaki? – spytałam Vi, ale nie usłyszała. Zamiast tego posłusznie weszła do klasy za resztą. Bez chwili zastanowienia zrobiłam to samo. – Vi?
Klasa była stosunkowo duża w porównaniu do wszystkich innych w tej szkole. Duże okna były odsłonięte, przez co do środka wpadało sporo światła, napełniając pomieszczenie ciepłą, pomarańczową poświatą. Zawsze lubiłam słońce, w ośrodkach rehabilitacyjnych nie pozwalano mi opuszczać swojego pokoju tak często, jakbym chciała.
- O jaaa. – Vi zachłysnęła się powietrzem. – Oni tam siedzą!
Dziewczyna była czymś wyraźnie przejęta. Nie nadążałam za jej myślami.
- Ahri, musisz z nimi usiąść! – przyjaciółka odezwała się do mnie błagalnie, wskazując na miejsce z tyłu pod samym oknem. Ostatnia ławka była zajęta przez dwóch typków, którzy wyglądali jakby urwali się z poprawczaka. W przedostatniej ławce było wolne miejsce obok chłopaka w jasnych, praktycznie białych włosach, w szarawej koszuli w kratę.
- Ale – nie zdążyłam zadać pytania, bo Vi mi przerwała.
- Ja nie mogę tego zrobić, proszę, usiądź.
No dobrze, pomyślałam i skierowałam się prosto pod okno. Zanim usiadłam trzy głowy odwróciły się w moją stronę, posyłając mi zszokowane spojrzenia. Nagle poczułam się niechciana w tym towarzystwie. Dwóch chłopaków z ostatniej ławki wiercili mi dziurę w brzuchu, jakby zobaczyli we mnie ducha, albo zombie, czy coś w tym stylu. Spojrzałam kontrolnie na swoje czarne szorty, aby upewnić się, czy nie ma w nich dziury. Moja luźna koszulka była czysta. Wyglądałam w porządku.
Niczym nie przejmując się zajęłam miejsce w przedostatniej ławce obok chłopaka z białymi włosami. Czułam się malutka przy nim, bo był naprawdę wysoki. Spojrzał na mnie kontrolnie, pozornie lekceważąco, ujawniając kolczyka nad brwią. Odwzajemniłam jego spojrzenie, aczkolwiek moja twarz zrobiła się bledsza niż zwykle. Nie miałam pojęcia, co się ze mną działo. Nie bywałam nieśmiała. Czy ten chłopak mógłby być tak przytłaczający?
Gdy spojrzałam do tyłu, dwóch chłopaków nadal wbijało we mnie wściekłe spojrzenia, co sprawiło, że bardzo szybko przeniosłam swój wzrok we własny zeszyt.
Chłopak przy oknie miał ciemniejszą karnacje, intensywnie brązowe oczy i szczupłą umięśnioną sylwetkę. Włosy miał proste i czarne, aczkolwiek kilka pasem na jego grzywce było zafarbowane na blond. Jego lewe ramię było odsłonięte. Widniało na nim kilka tatuaży różnej wielkości. Jego wygląd fizyczny nie był tak przerażający jak jego spojrzenie. Miał na sobie specjalnie podziurawioną koszulkę, która wygląda jakby była po przejściach.
Drugi, który siedział bezpośrednio za mną, miał chyba najgroźniejsze spojrzenie z całej trójki, jego oczy miały ciepłą zielono-brązową barwę. Jego podbródek był wysoko uniesiony, jakby nie wystarczało to, że i tak był ode mnie wyższy. Ramiona miał założone przed sobą, wyglądało to trochę jakby chwalił się mięśniami, gdyż miał na sobie bluzkę bez rękawów, która zaryzykowałabym stwierdzeniem wręcz podkreślała jego siłę fizyczną. Jego włosy były dłuższe i jaśniejsze niż kolegi z ławki, były w odcieniu ciemnego blondu i zawijały się w luźne loczki. Jego czoło było obwiązane czarną chustką, która powstrzymywała gęste kosmyki przed wysypaniem się mu na czoło.
Musiałam przyznać, że przez chwilę pomyślałam, że ostatni chłopak jest przystojny, ale ta myśl uciekła mi, gdy tylko wzrok blondyna sprawił, że zastygłam na swoim krześle, zastanawiając się czy chłopak chcę zrobić mi krzywdę samym spojrzeniem.
Jeden z nich był tym, o którym opowiadała mi Vi. Nie wiedziałam, który to z tej trójki, ale do żadnego nie pasował opis „uroczy uśmiech i dobre maniery”.
Czego oni ode mnie chcieli? Czyżby byli źli, że się przysiadłam? Zajęłam czyjeś miejsce? Czy zanim przestałam chodzić do szkoły zrobiłam im coś złego?
- Zgaduję, że wiecie kim jestem…? – odezwałam się łamiącym się głosem, próbując nie patrzeć załzawionymi oczami na chłopaka obok.
Nie odpowiedzieli, ale po zszokowanych, nienawistnych minach znałam odpowiedź na to pytanie. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz