Była
pogodna, ale chłodna noc. Ciemna sylwetka przyglądała się mi z góry z
wymalowanym na twarzy zadowoleniem, gdy moje plecy przylegały do barierki. To
było jedyną rzeczą, która powstrzymywała ciężar mojego ciała przed upadkiem w
ciemną nicość, gdyż podświadomie odsuwałam się od napastnika. Był szczęśliwy,
widząc w moich oczach przerażenie.
Pełne
napięcia sekundy mijały wydając się być długimi godzinami, a postać wpatrywała
mi się głęboko w oczy, rozkoszując się tym przerażeniem. Cień całkowicie
zapanował nad moim losem, to od jego decyzji zależało, czy znajdę się poza
krawędzią, czy stracę grunt pod nogami i spadnę w dół niczym bezwładna lalka.
Jedno
popchnięcie i moje ciało szykowałoby się do zderzenia się z twardą, zimną
ziemią.
Tak wyglądały moje conocne
koszmary. Okrutne, nieprawdaż? Chyba jedyną bardziej okrutną i niedorzeczną
rzeczą było to, że miały swoje źródło w prawdziwym wydarzeniu. W którym to ja – w moim mniemaniu zwyczajny
dzieciak, jak Ty czy jak każdy inny
licealista, dziewczyna, która nie zrobiła nic aż tak złego, czym zasłużyłaby
sobie na takowy los – to ja byłam tą
osobą, która została popchnięta w przepaść. Nie było żadnego sensu w tym,
pomimo tego, że uporczywie poszukiwałam odpowiedzi na pytanie „dlaczego ktoś to
mógł zrobić?”. Po prostu wypchnięto mnie z pieprzonego balkonu, skazując mnie
na lata rehabilitacji w szpitalach i paniczny strach przed piętrowymi
budynkami, windami, schodami – przed wszystkim, z czego mogłabym się pochylić w
dół i dostrzec dystans dzielący moje stopy i ziemię.
Próbowałam o tym nie myśleć jako
kara czy nieszczęście – próbowałam skłonić się do uważania wypadku, za coś, co
się stało i tyle. Byłam zmęczona poszukiwaniem winowajcy i co ważniejsze jego
potencjalnego motywu.
Teraz mogłoby się wydawać, że to
jedna z niewielu rzeczy, która czyniła mnie wyjątkową
- i wcale nie miałabym na myśli
pozytywnego znaczenia tego słowa. Może traktowałam wypadek, jako powód, dla
którego ludzie zaczęli się mną nagle interesować – on zaczął się mną interesować. Chcąc, nie chcąc byłam tematem
plotek.
Wróciłam do Melbourne, do mojego
taty i kochającej nas rodziny, mając nadzieję, że nigdy już nie będę musiała
myśleć o tym wydarzeniu. Miałam świetny plan, by skończyć liceum, zdać maturę i
ułożyć sobie wreszcie życie z jakimś przystojnym mężczyzną. Byłam gotowa być naprawdę szczęśliwą.
Okazuje się, że bycie szczęśliwą
ze swoim księciem z bajki nie jest takie proste, gdy on nie jest do końca takim, jakiego sobie wyobrażałam. Nie wiem,
czy potrzebuje mnie w ten sposób, co ja potrzebuję jego.
Jakim cudem to zło może przyciągać mnie do kogoś, kto
wydaje się być aniołem, gdy uśmiecha się do mnie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz